egoroczny festiwal w Sopocie wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. I nie mówię tu o scenografii rodem z przełomu lat 60 i 70, która wyglądała jakby zabrano ją z planu ówczesnych amerykańskich programów muzycznych w rodzaju "Soul Train", ani o pierwszych dwóch dniach koncertów. "Muzyczne drogi Europy" i piosenka włoska to pomysły bez wątpienia dobre jako takie, niekoniecznie jednak festiwal muzyki rozrywkowej jest miejscem, gdzie powinno się je realizować. Istnieją już festiwale muzyki etnicznej, również transmitowane przez TVP i tam powinno być miejsce tego gatunku, oczywiście o ile nie przebije się do głównego nurtu trafiając w gusta szerszej widowni. Zdarzało się już, że artyści czerpiący z muzyki korzeni pojawiali się jako gwiazdy festiwalu, faktycznie bowiem udało im się podbić świat muzyki popularnej i przeznaczanie dla nich odrębnego dnia nie było konieczne.
Mówię jednak o dniu ostatnim, koncercie gwiazd w ramach którego oglądaliśmy występy grupy Texas i Bryana Adamsa. Nie chodzi o to, że lubię tych wykonawców, choć tak jest- i stąd moje zadowolenie. Ucieszyło mnie przyjęcie z jakim spotkali się oni w Operze Leśnej. Sopocki festiwal odbierałem dotąd jako miejsce bardzo modne-bilet warto było kupić bez względu na to co myśli się o poszczególnych zespołach. Innymi słowy- nigdy nie traktowałem tego wydarzenia jako show, w którym braliby udział faktyczni fani tego czy innego arysty- może dlatego, że bilety kupuje się nie na poszczególne koncerty ale całe dni. W poprzednich latach często zauważałem znudzone twarze ludzi w wieku średnim, obojętnych na ponaglania chociażby Whitney Houston, jej zachęty do wspólnego śpiewania. I zawsze wtedy myślałem, że gdyby zorganizowała własny koncert, ci państwo na pewno nie siedzieliby w pierwszym rzędzie.
Oczywiście nie neguję tego, że sopocka publiczność zawsze energicznie zachęcała do bisów. Rzadko jednak dawała się wciągać w jakiekolwiek interakcje z artystą. W tym roku było jednak inaczej.
Zaskoczyło mnie jak doskonale widownia zaznajomiona jest z twórczością grupy Texas. Wraz z wokalistką śpiewała przeboje grupy i reagowała na jej prośby. I oczywiście- już tradycyjnie- domagała się powrotu artysty na scenę.
Podobnie koncert Adamsa, który pokusił się o jeszcze jeden ukłon w stronę polskiej publiczności. Piosenkę "When you're gone" wykonał razem z ochotniczkami z widowni, którym powierzył partie Melanie C. Jak wyszło, tak wyszło, ważne że wszyscy dobrze się bawili. Tej nocy zaskoczyło mnie tylko jedno: koncert zespołu oglądało jak się później okazało więcej widzów, niż występ kanadyjskiego artysty, choć wydawało by się, że po tylu latach zaskarbił sobie względy pokoleniowo szerszego wachlarza fanów .
Wszystko to słania do refleksji nad celem istnienia Festiwalu. Powstał w poprzedniej epoce i jak prawie wszystko służyć miał komunistycznej propagandzie sukcesu. Wraz ze zmianą ustroju na szeroką scalę zaczeły pojawiać się w naszym kraju zachodnie gwiazdy, które nie zważając na Sopot włączały Polskę w plany swoich tras koncertowych. Mimo wszystko festiwal przetrwał. Może dlatego, że jednego dnia oglądamy więcej niż jeden koncert, może zakorzenił się w naszej świadomości jako wydarzenie muzyczne? Kto wie.. mam tylko nadzieję, że nie konkurując z organizatorami występów tych największych Sopot skupi się na prezentacji tych nie co przygasłych gwiazd
Autor: Rafał S