Kiedy startowała pierwsza edycja BigBrothera czołowy psycholog programu, którego nazwiska nie wspomnę- podkreślał, że obserwowanie grupy ludzi w tak ekstremalnych warunkach może stworzyć ciekawy materiał baddawczy. Szybko jednak z tych wniosków się wycofał- podobnie zresztą jak z roli komentatora w kolejnych dwóch edycji programu. Nie ulega jednak wątpliwości, że sam fenomen tego rodzaju programu jest interesującą podstawą do analizy. Dowiadujemy się wiele o naturze ludzkiej- tak obserwując zachowania tych zamkniętych w środku niemiłosiernie się obgadujących jak i nasze reakcje na to co się dzieje w programie. Nic tak naprawdę nie jest do końca prawdziwe- wszyscy otrzymują jedynie szczątkową więdzę. My nie obserwujemy uczestników 24 godziny na dobę, widzimy to co chcą nam pokazać realizatorzy. Oni- nie wiedzą co inni mówią za ich plecami, że przyjaźń, koleżeństwo i inne relacje są naprawdę pozorne podporządkowane woli wygranej. Ukazuje to ciekawy aspekt natury ludzkiej- w życiu taka nielojalność czy dwulicowość, skrzętnie skrywana nigdy nie wyszłaby na jaw. Tu w pełnym świetle trafia do głównego wydania programu. To daje do myślenia- czy i nasi bliscy traktują nas tak jak Gosia Alicję?. Program ma służyć jednak naszej rozrywce. Do dziś uczestnicy programów audycji typu dziwią się dlaczego widzowie wciąż ocalają osoby odtrącanei wskazywane przez zbiorowość to odejścia. A przecież ich antypatie są nieistotne. Liczy się kogo chce oglądać widz. Ja jednak chciałem zwrócić uwagę na inną stronę reality shows. Powszechne przekonanie, że udział w tego rodzaju programie odziera ich z godności, człowieczeństwa. Skoro wystawili się na pokaz- możemy o nich napisać i powiedzieć wszystko. Z przerażeniem obserwowałem łatwość z jaką internauci używali najostrzejszych i wulgarnych słów opisując Alicję Walczak na oficjalnej stronie BB. Teraz wystarczy zajrzeć na internetową sronę Polsatowskiego Baru żeby zobaczyć jakie niezdrowe emocje budzą niektórzy uczestnicy. A przecież producenci uciekają się chwilami do niezbyt wyszukanej socjotechniki, prezentując wielokrotne powtórki scen, wyrwanych z kontekstu w zwolnionym tempie, ilustrowane odpowiednią muzyką, typu uczestnik macha nożami lub uczestniczka upija się. To jak telewizja zmontuje program, co podkreśli a co pominie determinuje ich postrzeganie. I rację miała Narine obawiając się, że fakt, iż zamoczyła usta w kieliszku możezostać nadto rozdmuchany. Dzień ma 24 godziny, a audycja- 45 minut. Dziwię się zatem ludziom, którzy z taką łatwością piszą "nienawidzę Cię" lub jesteś taka a taka. Czy obserwując kogoś przez godzinę dziennie możemy wyrobić sobie o nich zdanie? Czy odważylibyśmy się powiedzieć coś takiego komuś twarz? Skąd biorą się tak silne emocje- przecież to tylko telewizja. Czy fakt, że dzieli nas szklany ekran, a internet pozwala na ukrycie się pod nic ni eznaczącą ksywką zezwala nam na tego rodzaju ataki? Mówimy przecież o normalnych ludziach, których nie znamy, nie przebywaliśmy z nimi i zapewne nigdy nie spotkamy. Ja nawet w dzieciństwie nie pozwoliłbym sobie na takie komentarze o kimś obcym, czy zresztą młodzież powinna się tak wyrażać a do tego- tak łatwo? Czy skoro mamy modem i klawiaturę wolno nam napisać wszystko? Reality shows powstały by bawić- zamiast tego do głosu dochodzą nasze frustracje i fobie. To nie jest zdrowe. Ktoś może nie być naszym faworytem, ale skąd ta potrzebajednoznacznie negatywneej oceny? Ludzie są skomplikowani. Wszyscy z jakiegoś względu interesujący. Inna rzecz to potrzeba wypowiadania się w imieniu zbiorowości- "Nie lubimy Cię", "Nikt cię nie chce". Wielu ma przecież inne zdanie, ale atakujący czuje, że przynależy do ogółu zbiorowości- jest mu łatwiej być agresywnym jeśli liczy na poklask
Autor: Rafał S